Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez glutenu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez glutenu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 stycznia 2015

Sałatka z pieczonymi ziemniaczkami, bekonem i jajkami

Kolejny przepis "na wielki głód z tego co jest w domu" :) 

Tym razem do dyspozycji były ziemniaczki, bekon, jaja, cebula, musztarda i trochę różnych przypraw oraz innych dodatków smakowych.
Nie jest to może szybki przepis ale nie jest też bardzo pracochłonny.

Składniki:

  • 1,5 kg ziemniaków (najlepiej dobrych do pieczenia),
  • 200 - 300 g bekonu - tyle ile kto lubi,
  • 3 jajka, ugotowane na twardo, pokrojone w kostkę,
  • 1 ząbek czosnku,
  • 150 g posiekanej białej cebuli (najlepiej słodkiej),
  • garść posiekanej natki pietruszki,
  • łyżka musztardy (najlepiej Dijon),
  • łyżeczka syropu klonowego lub syropu z agawy,
  • pół szklanki octu balsamicznego,
  • pół szklanki oliwy z oliwek,
  • sól i pieprz do smaku.

Wykonanie - pieczemy ziemniaki z bekonem:

  • rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni - grzanie góra i dół bez termoobiegu,
  • ziemniaki myjemy, obieramy i kroimy w ćwiartki, następnie mieszamy w misce z odrobiną z oliwek - tak aby były dobrze pokryte oliwą,
  • bekon kroimy w kostkę (nie musi być bardzo drobna),
  • pokrojone w ćwiartki ziemniaki wrzucamy do brytfanki czy innego naczynia do pieczenia, pasującego do tego zadania, ewentualnie blachę wyłożoną papierem do pieczenia, dorzucamy pokrojony w kostkę bekon, mieszamy i pieczemy przez ok. godzinę aż ziemniaki się upieką i będą miękkie w środku,
  • pod koniec pieczenia - na ostatnie 5 - 10 minut możemy włączyć termoobieg.

Wykonanie - sos vinaigrette:

  • w szczelnym pojemniku (np. zamykana wieczkiem plastikowa miska lub słoik z zakrętką) mieszamy ocet balsamiczny z oliwą z oliwek (obydwa po pół szklanki),
  • dodajemy posiekaną w drobną kostkę cebulę,
  • dodajemy łyżkę musztardy dijon (lub podobnej),
  • dodajemy łyżeczkę syropu klonowego lub z agawy,
  • dodajemy zmiażdżony ząbek czosnku,
  • przyprawiamy solą i pieprzem do smaku,
  • zamykamy pojemnik i dokładnie mieszamy,
  • odstawiamy pojemnik aby odczekał jak najdłużej i aby smaki miały czas się połączyć - lepiej więc sos przygotować jeszcze przed rozpoczęciem pieczenia ziemniaków albo zaraz po tym fakcie.

Finał:

  • gdy ziemniaki z bekonem już się upieką, wyciągamy je z piekarnika i pozwalamy ostygnąć aby były tylko lekko ciepłe i dały się dotknąć, a następnie przekładamy do miski,
  • dodajemy pokrojone w kostkę 
  • dodajemy wymieszany sos sos vinaigrette, opisany w poprzednim kroku i mieszamy całość,
  • posypujemy posiekaną natką pietruszki,
  • podajemy!
Smacznego!

środa, 7 stycznia 2015

Ziemniaki hasselback - co to takiego?

Ziemniaki hasselback - czy spotkaliście się kiedyś z takim określeniem? Ja na początku nie wiedziałem o co chodzi dopóki nie zobaczyłem zdjęcia.

Ziemniak hasselback
Jak widać po prawej, nie chodzi o jakąś specjalną odmianę ziemniaka ale o sposób jego przygotowania i podania.
To zdjęcie obok to już moje dzieło, ziemniak również. Pisząc o zobaczeniu na zdjęciu, mam tu na myśli inny przepis w sieci, który mnie zainspirował.

Jak widać, chodzi o specjalny sposób nacięcia ziemniaka przed pieczeniem. W efekcie dostajemy coś co łatwo możemy pokroić na plasterki a do tego efektownie wygląda. Dodatkowo taki ziemniak wychodzi lepiej upieczony w środku. Wbrew pozorom ten przepis nie jest trudny do zrobienia i poza czasem pieczenia ziemniaków nie jest jakoś specjalnie pracochłonny, pomimo obszernego opisu.

Składniki:
  • ziemniaki, najlepiej większe i specjalnie przeznaczone do pieczenia (odmiana grillowa) ale zwykłe też dadzą radę. Potrzebujemy tyle ziemniaków ile zjemy. W zależności od wielkości ziemniaków i ilości biesiadników oraz pojemności piekarnika/pieca, możemy potrzebować zarówno 2 jak i 20 ziemniaków :) Wszystko zależy od skali imprezy :) Nie sądzę jednak aby naraz do typowego piekarnika udało nam się zmieścić 7-8 ziemniaków,
  • zioła prowansalskie - ilość odpowiednia do ilości ziemniaków,
  • olej ryżowy - jeśli nie mamy, bierzemy jakikolwiek którego używamy do pieczenia,
  • patyczki do szaszłyków,
  • pieprz i sól do smaku.
Składniki opcjonalne:
  • papryka czerwona - słodka lub ostra - jak lubimy - również w ilości odpowiedniej do ilości ziemniaków,
  • czosnek granulowany.
Jak się do tego zabieramy?

Przygotowanie i nacięcie ziemniaków:
  • ziemniaki myjemy i obieramy ze skórki, po obraniu każdy wrzucamy do garnka z wodą aby nie ściemniały,
  • bierzemy patyczek do szaszłyków i wbijamy go po kolei w każdego ziemniaka blisko "boku" (gdzieś w odległości 5-10 mm) tak aby przeszedł przez niego na wylot wzdłuż dłuższego wymiaru. Chodzi o to aby na czas krojenia patyczek wbity w ziemniaka stanowił swego rodzaju ogranicznik dla noża by niechcący nie przeciąć ziemniaka podczas jego nacinania. Na tym etapie trzeba uważać bo im dorodniejszy i bardziej zwarty ziemniak, tym trudniej wbić w niego patyczek i tym łatwiej ten patyczek złamać lub niechcący wbić sobie w rękę,
  • po wbiciu patyczka nacinamy ziemniaka jak na zdjęciu w odstępach kilka milimetrów pomiędzy nacięciami,
  • po nacięciu wyciągamy patyczek z ziemniaka, ziemniak ląduje w wodzie, a patyczek wbijamy w następnego i tak dalej,
  • nacięte ziemniaki wkładamy z powrotem do garnka z wodą a następnie doprowadzamy całość do wrzenia i gotujemy 10 minut,
  • wyciągamy ziemniaki z wody, pozwalamy im chwilkę ostygnąć.
Mieszanka przypraw:
  • w międzyczasie przygotowujemy sobie mieszankę ziół i oleju/oliwy, którą posmarujemy ziemniaki przed pieczeniem - w jakimś naczyniu czy miseczce, mieszamy ze sobą olej, zioła prowansalskie oraz opcjonalnie czerwoną paprykę i czosnek granulowany. Upewnijmy się że jest dobrze wymieszana,
  • za pomocą pędzelka czy innego odpowiedniego narzędzia, smarujemy naszą mieszaniną ziemniaki. Teoretycznie zamiast smarować ziemniaki pędzelkiem, możemy próbować je wrzucić do jakiegoś większego naczynia, dodać naszą mieszaninę z ziołami oraz olejem i na zasadzie podrzucania czy obracania ziemniaków, również osiągnąć podobny efekt. Nie testowałem jednak tej drugiej metody z naciętymi ziemniakami więc trudno mi ręczyć za jej skutek i czy w jej wyniku ziemniaki się nie rozlecą,
Pieczenie:
  • podgrzewamy piekarnik do 220 stopni Celsjusza, a blachę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia,
  • przekładamy przyprawione i nacięte ziemniaki na blachę do pieczenia,
  • po przyprawieniu naszych ziemniaków wkładamy blachę z nimi do piekarnika (półka nr 3 z 5 czyli na środku) i pieczemy w temperaturze 220 stopni Celsjusza przez ok. godzinę - aż będą miękkie,
  • w trakcie pieczenia możemy przykryć ziemniaki folią aluminiową ale jest to krok opcjonalny,
  • pod koniec pieczenia możemy włączyć na ostatnie 10 minut termoobieg.
Tak przygotowane ziemniaki od razu podajemy, najlepiej z sosem czosnkowym czy jogurtowym.

Smacznego!

piątek, 5 grudnia 2014

Czy można schudnąć na ziemniakach?

To dobre pytanie :) Czy można schudnąć na ziemniakach?

Ziemniaczki z wody z mizerią
Z jednej strony żyjemy w czasach, gdzie co druga osoba jest świetnie poinformowana o wszelkich możliwych dietach, sposobach na odchudzanie i w ogóle byciu fit. A bycie fit raczej nie sprzyja jedzeniu tradycyjnych polskim potraw, gdzie ziemniaki to jedna z podstaw. A może odwrotnie - jedzenie tradycyjnych polskich potraw może nie sprzyjać byciu fit :)
Gdy posłuchać fit-głosów, to na pewno szybko dojdziemy do wniosku że ziemniaki nie są najlepszym pomysłem jeśli chcemy być szczupli lub się odchudzić.

Z drugiej jednak strony, jak się przyjrzeć, same ziemniaki nie są jakoś specjalnie kaloryczne. W zależności od źródła, 100 g ziemniaków z wody bez żadnych dodatków to od 77 do 90,00 kcal. Czyli w sumie bardzo niewiele, biorąc pod uwagę masę i prosty fakt że można się nimi najeść :)
Dodatkowo zawierają całkiem sporo tych ważnych witamin i mikroelementów jak: witamina C, witamina B6 czy potas.

Skąd więc zalecenia niektórych dietetyków czy trenerów aby raczej ziemniaków unikać? 

Wydaje mi się że ma to związek z praktycznym podejściem do jedzenia ziemniaków. W jaki sposób najczęściej jecie ziemniaki? Placki ziemniaczane? Frytki? Frytki z majonezem może? Schabowy z ziemniaczkami? A może do tego jeszcze jakiś ciężki sosik czy tłuszczyk? Albo też jesteście fanami klusek śląskich? Obstawiam też chipsy - nawet okazyjnie przy okazji imprezy.
A nawet jeśli są z wody, to najczęściej podane ze smażonym mielonym czy schabowym.

Popatrzmy zatem na to ile kalorii mają "stuningowane" ziemniaki w 100 g produktu - o ile to więcej od :
  • ziemniaki puree - 131,56 kcal
  • kluski śląskie - 140,00 kcal
  • frytki - 227,50 kcal
  • frytki z dipem - 390,00 kcal
  • placki ziemniaczane - 341,00 kcal
  • chipsy - 514,00 kcal
Jak widać, wystarczy tylko trochę przetworzyć ziemniaki albo uczynić je smaczniejszymi za pomocą kilku dodatków i nagle z całkiem nietuczącego, zdrowego warzywka zamieniają się w istne bomby kaloryczne.
Ich wartość kaloryczna może urosnąć nawet pięciokrotnie - a może i nawet więcej - podałem typowe przykłady.

Jak więc wykorzystać ziemniaki do swoich celów bez ich kalorycznych skutków ubocznych? Wg mnie można to zrobić w ten sposób:
  • ziemniaki podajemy wyłącznie z wody, bez żadnych dodatków typu masło czy skwarki,
  • nie smażymy ich w żadnej formie. Bez względu na to jak bardzo przyłożymy się do odsączenia tłuszczu, pewnie i tak sporo ziemniaki go wchłoną,
  • stosujemy dobre ziemniaki, najlepiej bio,
  • doprawiamy je np. dobrym pieprzem, ewentualnie solą - uwierzcie - są pyszne jak są dobrze zrobione!
  • jeśli nie musimy to nie łączymy ziemniaków z mięsem - czyli żadnych schabowych czy mielonych, również unikamy mięsnych dań z sosami (wiem że są pycha),
  • jeśli ziemniaki to np. w zestawieniu z innymi warzywami - np. leczo, mizeria itp.

piątek, 27 czerwca 2014

Pieczone ziemniaczki rządzą!

Nie macie pomysłu na coś dobrego i udorodniającego po całym trudnym dniu?
Nie chcecie najeść się przemysłowymi frytkami z radosną fryturą i tłuszczami trans?

Ziemniaczki pieczone są niezastąpione!

Co potrzeba:
  • ziemniaki - tyle ile jesteśmy w stanie zjeść,
  • dobry olej roślinny - nie rafinowany,
  • zioła prowansalskie,
  • słodka papryka w proszku,
  • czosnek - świeży lub granulowany,
  • piekarnik lub piec.

Jak się do tego wziąć:
  • ziemniaczki obieramy, kroimy w ćwiartki, wrzucamy do garnka z wodą i podgotowujemy przez 7-10 minut - tak aby nie były kompletnie surowe,
  • składniki na marynatę (olej, zioła i czosnek) mieszamy w dużej misce tak aby powstała w miarę jednolita marynata, którą rozrzedzamy wodą,
  • ziemniaczki wyciągamy z gara i dajemy im odpocząć parę minut a potem wrzucamy je do miski z marynatą i mieszamy aby się dobrze nią pokryły, możemy chwilę poczekać aż się zaprzyjaźnią,
  • nagrzewamy piekarnik do ok 200 stopni, wykładamy ziemniaczki na blachę do pieczenia, wyłożoną papierem do pieczenia,
  • pieczemy ziemniaczki ok 30 minut lub do momentu aż będą rumiane i chrupiące,
  • wykładamy ziemniaczki na tacę, półmisek i podajemy!

Do ziemniaczków pasuje świetnie jogurtowy sos czosnkowy albo taki słodko-pikantny jak do sajgonek. Co więksi kozacy mogą zapodać sobie do tego pikantny sos sriracha.

piątek, 11 kwietnia 2014

Kartoffelsalat? Ja!!!

Zgodnie z tytułem - teraz coś niemieckiego, ziemniaczanego, mega oktoberfestowego! Niemiecka sałatka ziemniaczana!

Kto próbował jej kiedyś w oryginale lub chociażby w wersji sprzedawanej w polskim Lidlu, wie o co chodzi. Pyszota. Oczywiście najlepiej wchodzi z dorodnym wurstem i dobrym browarem.

Ale po co kupować jak można zrobić swoją wersję? I to wcale nie jest trudne...

Czego potrzebujemy:

  • 1,5 kg dobrych ziemniaków, najlepiej odmiany sałatkowej która tak łatwo się nie rozgotowuje,
  • pół średniej cebuli, pokrojonej w drobną kostkę,
  • pół szklanki majonezu - im pyszniejszy tym lepiej :),
  • pół szklanki jabłkowego octu winnego,
  • 1/4 szklanki oleju roślinnego - najlepiej coś dobrego, nie rafinowanego - może być dobry rzepakowy nierafinowany, może być ryżowy,
  • 2 łyżeczki soli,
  • świeżo zmielony czarny pieprz do smaku,
  • 2 łyżki cukru,
  • 2 łyżki siekanej natki pietruszki.
Metoda:
  • bierzemy duży garnek, wlewamy wodę i solimy ją i czekamy aż się zagotuje,
  • kroimy ziemniaki w plasterki lub kawałki jakie nam najbardziej będą pasować,
  • wrzucamy ziemniaki do gara i gotujemy 15 minut aż zmiękną,
  • przerzucamy ugotowane ziemniaki do dużej miski, dajemy im chwilę odpocząć a potem dodajemy cebuli i trochę mieszamy, następnie znowu dajemy trochę odpocząć,
  • w innej misce robimy sos: mieszamy majonez z olejem, octem, cukrem, solą i pieprzem oraz pietruszką - tak aby sos zrobił się jednorodny,
  • gdy już nasze ziemniaki będą gotowe na zapodanie sosu, aplikujemy ten smakołyk i dobrze mieszamy w taki sposób aby nie rozwalić ziemniaków,
  • sałatkę odkładamy w chłodne miejsce na godzinę aby smaki się przegryzły i aby jakiś lokalny pożeracz sałatek jej nie dopadł, zanim my ją dopadniemy.


piątek, 19 lipca 2013

No wheat!

W ostatnich latach coraz więcej słyszy się o uczuleniach na pszenicę czy gluten. Kilka osób z mojego otoczenia ma już zdiagnozowane takie dolegliwości. Inne osoby może nie mają oficjalnej diagnozy ale w ostatnich latach albo przytyły z niewiadomych powodów albo skarżą się na dolegliwości pokarmowe.

Skala zjawiska robi się coraz większa. W którymś momencie zaczęło to dla mnie wyglądać jak epidemia.

Parę lat temu, gdy jeszcze niewiele o tym było głośno, pomagałem od strony technicznej stworzyć portal BezPszenicy.pl 
Polecam na niego zajrzeć - naprawdę znajdziecie tam sporo ciekawych przepisów jeśli ktoś chce czy musi gotować bez mąki pszennej.


W sklepach pojawia się coraz więcej produktów bezglutenowych czy oznaczonych jako nie zawierające pszenicy. Z jednej strony branża spożywcza się rozwija ale z drugiej strony może problem staje się coraz większy - stąd nowe, bezpieczne produkty? Piwo bez glutenu, chleb bez glutenu, muffinki bez glutenu...

Niedawno dotarła do mnie również informacja o książce "Dieta bez pszenicy" Dr Williama Davisa. Nie miałem okazji jej przeczytać choć przeczytałem recenzje i wnioski ludzi, którzy mieli możliwość ją przestudiować.
Coś musi być na rzeczy, choć książek o cudownych dietach, super sposobach na życie jest wiele i wg mnie nie należy w 100% wierzyć w nie na słowo, zwłaszcza jeśli nie działają w praktyce.
Jednym z wątków tej książki jest poszukiwanie i likwidacja przyczyn tzw. pszenicznego brzucha - reszta ciała szczupła, a brzuch wzdęty, wystający, czasami określany jako "brzuch piwny".

Skojarzyłem też kolejny fakt. Mój kolega bywa często w Chinach i z jego relacji wynika że można tam łatwo kupić i zjeść praktycznie wszystko co sobie wymarzymy poza jedną rzeczą - poza chlebem...
Chodzi o zakup chleba w takim rozumieniu jak w Polsce sobie wyobrażamy czyli w osiedlowym sklepie. Trudno mi to potwierdzić bo w Chinach nie byłem ale to kolejny element pasujący do mojej pszennej układanki.

Dodam też do tego obserwację z codziennego życia - moja żona, pomimo przejścia wszystkich testów alergii pokarmowych z wynikiem negatywnym, po zjedzeniu nawet niewielkiego kawałka czegoś z pszenicą, tak puchnie jakby była w 8 miesiącu ciąży...

Sam optycznie nie ważę za dużo, ale nie jestem też specjalnie chudy. Wygląd nie jest dla mnie na pierwszym miejscu, bardziej patrzę na kwestie zdrowotne - ludzie w moim wieku miewają już zawały, sporą nadwagę czy wielkie brzuchy. Dlatego zwracam uwagę na problem nadwagi, zwłaszcza że kiedyś ważyłem dużo więcej niż obecnie i nie chcę tego doświadczenia powtarzać.
Zauważyłem też że po każdej większej imprezie jedzeniowej, wizycie w gościach czy u rodziny od razu jest parę kilo więcej na wadze, brzuch rośnie... Niby normalne u facetów po 35 roku życia. Zwłaszcza jak ktoś nie uprawia regularnie i aktywnie sportu, nie ćwiczy na siłowni, nie stosuje specjalnych diet ani suplementów - bo po prostu jak w moim przypadku - nie ma na to czasu.

Większość z nas nie ma zdiagnozowanej żadnej alergii na pszenicę czy gluten. Producenci żywności, lekarze, dietetycy, topowi kucharze wskazują dobrodziejstwa zbóż. Pizza jest wszędzie, makaron rządzi, burgery szturmem zdobywają rynek - a czym jest burger bez dobrej bułki?
Nawet codzienne kanapki czyli "nasz chleb powszedni" to również pszenica. Pszenica jest wszędzie! Potwierdza to też chyba każda oficjalna piramida pokarmowa. Podstawę naszego pożywienia powinny wg nich stanowić produkty zbożowe - a więc najczęściej pszenica.
Powszechnie mówi się też że schudnąć można przede wszystkim ćwicząc, jedząc produkty "light" czy stosując dietę opartą na warzywach, jogurtach i innych fit rzeczach...

Postanowiłem zrobić eksperyment - zostać "wirtualnie" uczulonym na pszenicę a następnie po jakimś czasie zobaczyć co to zmieni. Metoda Pogromców Mitów - czyli sprawdzić doświadczalnie, najlepiej na sobie. Zaznaczam że zrobiłem to na swoje własne ryzyko i nie biorę żadnej odpowiedzialności za innych, którzy mogą mnie naśladować i zrobić to samo.

Zdecydowałem po prostu nie jeść pszenicy - tak jakbym miał alergię i tak się deklarować w knajpach czy na imprezach z jedzeniem. Ziemniaki czy inne zboża generalnie ok - choć z umiarem. Ryż basmati pochłaniam w ilości przypadającej na sporą chińską rodzinę.
Czyli węglowodany jak najbardziej są w mojej diecie ale pszenica nie - nie jest to więc żadna dieta Atkinsa czy Kwaśniewskiego!

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zacząłem z końcem maja unikać pszenicy na co dzień. Pierwsze wyniki były obiecujące - brzuch nie rośnie a nawet się zmniejsza, waga powoli spada. Czyli niby dobrze - chyba działa? Ale może to kwestia biznesowego trybu życia - nie zawsze jest czas by zjeść, a byle czego się nie je.

Potrzebne było więc konkretne potwierdzenie - taki eksperyment w mega skali.
Okazja szybko się nadarzyła bo właśnie planowałem rodzinny wyjazd na Węgry - a tam jak wiadomo - jedzenie jest super dobre, super tuczące i jest go duuuuużo...
W  ich diecie jest sporo mięsa, tłuszczu, głównie smalcu, wieprzowiny ale też sporo pszenicy - chleb do każdej zupy gulaszowej, ciasteczka, bułeczki, langosze, naleśniki... I pomimo tego że Węgry to piękny słoneczny kraj, hodują pełno warzyw to w jedzeniu na mieście można dostać przede wszystkim warzywa w postaci marynowanej czy konserwowej. Idealny poligon dla moich prób :)

Kiedyś dawno byłem już na Węgrzech i jedząc wszystko w knajpach jak leci, po 2-tygodniowym pobycie ważyłem przynajmniej 10 kg więcej.
Przyjąłem więc założenie że teraz unikam pszenicy we wszelkiej postaci (nawet jako dodatku typu panierka, kromeczka pieczywa itp.).
Mięsa, wędlin, wszelakich tłustych sosów czy zup bez pszenicy nie unikam na tym wyjeździe i zobaczymy co z tego wyjdzie.

Na co dzień nie jem zbyt dużo mięsa - staram się aby nie przekroczyć 2-3 razy w tygodniu a także rzadko jem czerwone mięso. Tak więc jedzenie go prawie codziennie na potrzeby kluczowej fazy eksperymentu powinno wykazać od czego przytyłem kiedyś - eliminujemy jeden potencjalny czynnik (pszenicę), ale drugi (mięso, tłuszcz), powszechnie uznawany za najniebezpieczniejszy zostaje.

Zacząłem od klasyki, która powinna na pewno mnie choć trochę utuczyć - mega zestaw gyros z frytkami i piwo w pakiecie.


Potem na wieczór była tłusta zupa rybna.


Next day - jajecznica na świeżym, jeszcze prawie chrząkającym boczku z lokalną papryką. Pork belly bacon - it smells guuuuud! - jak mawiają moi ulubieni guru od mięsa i sposobów jego przygotowania na grillu - BBQ Pit Boys :)

Polak - Węgier - dwa bratanki! Do bekonu i do szklanki :)

Obiad - tłusta gulaszowa, pyszne oka smalcu ale bez kluseczek pszennych - niektóre mają dodane kluseczki halusky (coś jak włoskie gnocchi) i tych unikałem.

Klasyczna zupa gulaszowa, jaką można zjeść prawie wszędzie na Węgrzech - oczywiście podawana z chlebem, którego nie jadłem.
Mangalica kolbasz, salami, znowu gyros z browarem... Robiłem co mogłem aby przytyć z powodu mięsa...


Kolejna akcja - dopadłem w miejscowym Aldi kiełbaski norymberskie (które można dostać również i u nas) oraz monachijską białą kiełbasę z niemiecką musztardą w zestawie (a o to już w Polsce trudniej, bywa na Tygodniu Niemieckim w Lidlu).


Oczywiście w przerywnikach również był ryż z warzywami, pieczarkami i rzecz jasna boczkiem. No i nieodłączne "kiszonki" :)


Oczywiście w kraju wieprzowiną stojącym, nie można nie spróbować zrobić lokalnej karkówki...


Na końcu - mega schweinshaxe czyli golonka w niemieckim stylu zrobiona na lokalny sposób... Normalnie odlot!


Co ciekawe, po kilku dniach wieprzoterapii zauważyłem że właściwie spodnie nie robią się za ciasne w pasie, czasami nawet próbują opadać, brzuch nie rośnie... Co jest grane?! Do tego nawet nie ma problemów w toalecie.

Nie umknął mi również inny fakt - obserwowałem innych ludzi, którzy zamawiali jedzenie czy wybierali je w samoobsługowym barze. Prawie każda osoba z brzuchem (bez względu na wiek i płeć) zjadała coś bogatego w pszenicę. Albo langosz, albo naleśnik, albo marakon z jakimś sosem, albo pizzę, albo chociażby zupę z chlebem czy kotlet w panierce.

I jeszcze jedno w temacie panierki - przy okazji podpatrzyłem jak dwie Węgierki (akurat szczupłe) zabierają się za danie, które u nas nazwalibyśmy schabowym, Austriacy powiedzieliby że to sznycel po wiedeńsku - czyli kawałek radosnej świnki w pszennej panierce.
Po prostu obłamały i zdjęły z niego panierkę... Już wiem czemu są szczupłe...

Po powrocie do kraju okazało się że po tygodniu węgierskiego ucztowania i wieprzowego festiwalu schudłem praktycznie 1 kg! 81 kg na wadze... Wow! Zaznaczam że nie unikałem węglowodanów a jedynie pszenicy.
Gdyby mój eksperyment się nie powiódł i to mięso mnie tuczyło, miałbym z 5 kg więcej. Przecież wypad na Węgry dotąd zawsze tak się kończył - plus 5 kg na każdy tydzień pobytu...

To przesądziło jak dla mnie wynik eksperymentu z pszenicą. Oczywiście przez jakiś czas miałem dość patrzenia na mięso, bo chyba trochę przedawkowałem...
Tak jak wspomniałem wcześniej, zrobiłem taki eksperyment na sobie i nie polecam takiej mięsnej dawki nikomu - chyba że na własną odpowiedzialność.

Moje wnioski odnośnie pszenicy są takie że skoro coraz częściej słyszy się o GMO, coraz więcej ludzi w otoczeniu jest otyłych na brzuchu czy ma objawy alergiczne to coś w tym musi być.

Podejrzewam że coraz więcej pszenicy, którą zjadamy, jest już GMO a zjawisko trwa już od ładnych paru lat. Nie do końca wiem jak to ustawowo wygląda w Polsce ale przecież ludzie kiedyś tak nie tyli od chleba, pizzy czy makaronu.
Przecież kiedyś na wsi nie było codziennie mięsa na stole, jadło się to co zniosły własne kury i urodziło własne pole - czyli właśnie pszenicę we własnym chlebie. Mięso nie było jedzone tak często - przecież świnia ma tylko dwa schaby, nie można mieć schabowego co parę dni... Pszenicę jedzono więc bardzo często - a mimo tego nie było takiej plagi otyłości...

Zboże GMO, jak twierdzą producenci, jest wydajniejsze więc w efekcie tańsze w produkcji. Ale czy zdrowe i bezpieczne? Nie jestem pewien. I chyba nie tylko ja jestem takiego zdania - Dr Davis chyba również...

Ludzie wychowani na wsi pewnie wiedzą że nie ma nic lepszego jak chleb z własnej mąki i własnego pieca z masłem z mleka od własnej krowy. Ci sami ludzie często pamiętają jednak czasy gdy pszenica na polu była wysoka po pas.
Teraz jadąc przez Europę widzimy że w wielu miejscach rosną równiutkie pola pszenicy, która sięga najwyżej do kolan. Odnoszę wrażenie że praktycznie obecnie jemy tańszy w produkcji zamiennik dawnej pszenicy...

Właściwie chyba nie można powiedzieć "jemy" bo ja już nie zamierzam...