piątek, 11 kwietnia 2014

Pikantna ryba z porami w wersji kokosowej

Tytuł sugeruje jakieś niewiadomoco... Może i to danie gdzieś w świecie ma jakąś oficjalną nazwę i jest w tradycji jakiejś kuchni. Nie wiem. Ja zrobiłem po prostu garbage collection przy udziale kupionego w Makro pstrąga, trochę w azjatyckim stylu. Wyszło świetnie - mi bardzo smakowało.

Czego użyłem:
  • 2 filety z pstrąga ze skórą,
  • 2 pory,
  • 3 ząbki czosnku - ale może być mniej gdyż ja lubię czosnek,
  • puszeczka śmietanki kokosowej,
  • 2 łyżki tłuszczu kokosowego do smażenia,
  • resztka ostrej pasty chilli - tyle ile uznajemy za odpowiednie dla nas,
  • szczypta sproszkowanej trawy cytrynowej,
  • sól i pieprz do smaku.
Co z tym zrobiłem:
  • na patelnie dałem 2 łyżki tłuszczu kokosowego, poczekałem aż się roztopi,
  • dodałem pastę chilli i rozprowadziłem ją,
  • wrzuciłem pory, pokrojone na drobne kawałeczki i podsmażyłem to chwilę aby pory trochę zmiękły,
  • na warstwę porów na patelni położyłem rybę skórą do dołu - tak że nawet nie dotykała skórą do dna patelni,
  • dodałem czosnek,
  • podsmażyłem to pod przykryciem przez 3 minuty na średnim ogniu i już po tych 3 minutach filet się usmażył bo był cienki - nawet nie musiałem go obracać,
  • zmniejszyłem ogień i dodałem śmietanki kokosowej i sproszkowaną trawę cytrynową, doprawiłem solą i pieprzem a następnie pomieszałem jeszcze delikatnie aby składniki się zmieszały ale na tyle ostrożnie aby bardzo nie porozwalać ryby,
  • potrzymałem to na małym ogniu jeszcze chwilę,
  • zapakowałem do głębokiego talerza i wciągnąłem od razu.

Rybka po włosku

I kolejny prosty temat - coś co ja nazywam "rybką po włosku" choć pewnie Włosi nie rozpoznają w tym niczego typowego dla włoskiej kuchni. Inspiracją do tego był film Gennaro na YouTube, gdzie w prosty i pyszny sposób zrobił on rybę w pomidorach z czosnkiem i ziołami.

Też spróbowałem to ugotować i bez specjalnego przygotowania czy trzymania się przepisu wyszło mi to danie epicko. Potem ćwiczyłem to jeszcze kilka razy - przy dłuższym czasie gotowania wyszło również coś dobrego ale bardziej na kształt zupy rybnej.

Tak czy inaczej - pomysł daje radę i można go śmiało interpretować po swojemu. Sam też nie prezentuję oryginalnej wersji tylko jedną z moich mutacji, która wydała się najlepsza.

Czego potrzebujemy:
  • rybka - filet ze skórą lub bez. Właściwie wg mnie większość popularnych ryb jak dorsz, łosoś czy pstrąg się nada, ważne aby była świeża i się w garnku czy na patelni zmieściła,
  • cebula lub por - jedna sztuka wystarczy na 1 duży filet czy 2 mniejsze,
  • passata pomidorowa - dobrej jakości, wystarczy jakaś średnia puszka czy opakowanie,
  • 1 czerwona papryka słodka,
  • czosnek - właściwie tyle ile zjemy, u mnie schodzi czasem cała główka ale ja uwielbiam czosnek, można dać mniej, np. 2-3 ząbki,
  • zioła - moje propozycje to bazylia czy oregano,
  • dobra oliwa z oliwek - to podstawa  sukcesu tego dania,
  • odrobinę octu balsamicznego - najlepiej z Modeny,
  • sól i pieprz do smaku,
  • parmezan czy inny twardy ser - do posypania i epickości podania.

Jak to się robi? Prosto!

  • rybkę myjemy, możemy powalczyć trochę z usuwaniem ości jeśli jest ich więcej i są uciążliwe,
  • czerwoną paprykę myjemy, pozbawiamy ogonka i tego czegoś z pestkami w środku, kroimy na drobne kawałki,
  • na patelni czy w większym garnku lekko podgrzewany oliwę z oliwek - tylko trochę, nie do typowej temperatury smażenia, tylko tyle aby rybka zaczęła leciutko skwierczeć jak ją włożymy,
  • na oliwę wrzucamy cebulkę czy pora, smażymy chwilę aby się trochę spociła jak mawia Gennaro,
  • wkładamy rybkę do gara czy patelni i właściwie bardziej dusimy niż smażymy - zaczynamy skórą do dołu jeśli to filet ze skórą,
  • czosnek obieramy z łupin, miażdżymy "z łapy na niedźwiedzia" albo nożem jeśli wiemy jak się przy tym nie pokaleczyć, potem siekamy na drobne kawałeczki. W najgorszym razie zostaje prasa do czosnku. Gotowy do akcji czosnek wrzucamy do rybki razem papryką,
  • całość delikatnie mieszamy ale tak aby nie rozwalić ryby,
  • jeśli mamy cienki filet to właściwie po 3-4 minutach mięso będzie ścięte i białe. Przy grubszych filetach po paru minutach rybkę przewracamy ją na drugą stronę i nadal męczymy parę minut - pilnujemy aby nam się nie rozleciała,
  • dodajemy passatę, sól i pieprz do smaku, jeśli mamy suszone zioła to je też też dodajemy na tym etapie,
  • doprawiamy octem balsamicznym do smaku bo to rozjaśni smak, spowoduje że będzie bardziej wyrazisty,
  • dusimy jeszcze trochę na małym ogniu - tyle ile trzeba, byle ryba nie była surowa a składniki się zaprzyjaźniły. Im dłużej będziemy gotować, tym większa szansa że dostaniemy zupę zamiast rybnego dania,
  • gotową rybkę wykładamy na talerz (płaski lub głęboki w zależności od tego co nam wyszło) i przyprawiamy świeżą bazylią jeśli taką mamy, posypujemy do smaku tartym serem i niewielką ilością oliwy z oliwek.


Kartoffelsalat? Ja!!!

Zgodnie z tytułem - teraz coś niemieckiego, ziemniaczanego, mega oktoberfestowego! Niemiecka sałatka ziemniaczana!

Kto próbował jej kiedyś w oryginale lub chociażby w wersji sprzedawanej w polskim Lidlu, wie o co chodzi. Pyszota. Oczywiście najlepiej wchodzi z dorodnym wurstem i dobrym browarem.

Ale po co kupować jak można zrobić swoją wersję? I to wcale nie jest trudne...

Czego potrzebujemy:

  • 1,5 kg dobrych ziemniaków, najlepiej odmiany sałatkowej która tak łatwo się nie rozgotowuje,
  • pół średniej cebuli, pokrojonej w drobną kostkę,
  • pół szklanki majonezu - im pyszniejszy tym lepiej :),
  • pół szklanki jabłkowego octu winnego,
  • 1/4 szklanki oleju roślinnego - najlepiej coś dobrego, nie rafinowanego - może być dobry rzepakowy nierafinowany, może być ryżowy,
  • 2 łyżeczki soli,
  • świeżo zmielony czarny pieprz do smaku,
  • 2 łyżki cukru,
  • 2 łyżki siekanej natki pietruszki.
Metoda:
  • bierzemy duży garnek, wlewamy wodę i solimy ją i czekamy aż się zagotuje,
  • kroimy ziemniaki w plasterki lub kawałki jakie nam najbardziej będą pasować,
  • wrzucamy ziemniaki do gara i gotujemy 15 minut aż zmiękną,
  • przerzucamy ugotowane ziemniaki do dużej miski, dajemy im chwilę odpocząć a potem dodajemy cebuli i trochę mieszamy, następnie znowu dajemy trochę odpocząć,
  • w innej misce robimy sos: mieszamy majonez z olejem, octem, cukrem, solą i pieprzem oraz pietruszką - tak aby sos zrobił się jednorodny,
  • gdy już nasze ziemniaki będą gotowe na zapodanie sosu, aplikujemy ten smakołyk i dobrze mieszamy w taki sposób aby nie rozwalić ziemniaków,
  • sałatkę odkładamy w chłodne miejsce na godzinę aby smaki się przegryzły i aby jakiś lokalny pożeracz sałatek jej nie dopadł, zanim my ją dopadniemy.


Gotowanie w plenerze

Temat mobilnego gotowania zaczął się u mnie już w zeszłym roku ale dopiero teraz udało mi się coś o tym napisać.
Ugotowanie czegoś na wycieczce czy wypadzie w góry, na ogród czy na działkę to patent na fajny piknik.

Standardowo w naszym kraju gotowanie w plenerze oznacza najczęściej grilla, ewentualnie ognisko. Ognisko nie wszędzie da się rozpalić, a zniechęcony różnymi informacjami o tym że jedzenie z grilla niekoniecznie jest zdrowe, zacząłem eksperymentować z grillem i patelnią. Nie ukrywam że zainspirowali mnie tutaj trochę ludzie z BBQ Pit Boys.

Czyli bierzemy odpowiednią patelnię z grubym dnem (najlepiej żeliwną czy stalową) i kładziemy ją na rozpalonego grilla zamiast umieszczać na ruszcie mięsko bezpośrednio. Dopiero na takiej patelni podgrzewanej grillem możemy coś usmażyć czy podgotować. Dzięki temu możemy przygotować coś więcej niż tylko karkówkę czy kiełbasę.
Oczywiście jeśli chcemy zjeść coś typowo z grilla, taki patelniowy patent nie zastępuje zapachu skwierczącej nad żarem karkówki.

W moich testach wszystko szło pięknie, ale wkrótce się okazało że grill co prawda daje radę w roli źródła ciepła, ale nie jest odpowiednio mobilny oraz jego obsługa może być czasami uciążliwa. Poza tym rozpalanie może trwać zbyt długo jak się nie ma odpowiednich narzędzi.
A o wożeniu grilla i patelni w plener gdzieś dalej w sumie można zapomnieć jeśli mamy na myśli wygodę.

I nagle przyszło olśnienie... Przecież można kupić mobilną kuchenkę czy jakkolwiek sprzedawcy to nazywają. Taką jakiej używa P. Robert Makłowicz w swoich programach. Można takie kuchenki również spotkać w knajpach, np. w jednej z wrocławskiej restauracji, gdzie niektóre, typowo koreańskie dania są podawane gościom na stół wraz z taką kuchenką i składnikami aby sami mogli dokończyć gotowanie. Super pomysł a ile zabawy!

Po małym rozpoznaniu w sieci okazało się że jest spory rozstrzał cenowy. Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły ile warto za płacić za taką kuchenkę i co mają lepsze modele.
Udało mi się ustalić że najtańsza kuchenka w moim zasięgu, jednocześnie odpowiednio solidna, jest do kupienia w sklepie Jula
Jedyne 49 PLN i kuchenka zapakowana w postaci czarnej skrzyneczki z uchwytem jest nasza :) Do tego pojemnik z gazem za 10 PLN - to prawdziwa okazja. Taki pojemnik wg sprzedawcy starczy na dwie godziny ostrego gotowania, wg mnie prawie tak jest. Na pewno jest jednak tańszy od worka brykietu czy węgla drzewnego do grilla.
Zaznaczam że nie piszę tekstu artykuł sponsorowanego - Jula po prostu daje rozsądną cenę za rozsądny towar, więc go kupiłem i opisuję... Równie dobrze można takiej kuchenki szukać gdzie indziej.

A tak wygląda kuchenka już po złożeniu...
Pierwsze zdjęcie nie oddaje gabarytów urządzenia. Tak naprawdę waży niewiele, jest zapakowana w skrzyneczkę więc można ją łatwo przenosić czy transportować, na upartego wejdzie nawet do większego plecaka.

Obsługa też jest prosta - po prawej stronie jest klapka, otwieramy, umieszczamy pojemnik z gazem (przypomina większy pojemnik z jakimś sprayem) i przesuwamy dźwignię, która powoduje podłączenie pojemnika z gazem do kuchenki i jej zablokowanie.



Jak widać po lewej, sterowanie jest proste, w zestawie jest instrukcja więc się tym nie zajmujemy.

Wrażenia z eksploatacji są takie - super sprawa, kuchenka naprawdę daje radę, poza tym ma sporą moc. Łatwo rozłożyć, łatwo złożyć.

Zacząłem testy od zrobienia w domu chińszczyzny i okazało się że na tej kuchence zdecydowanie lepiej wychodzi smażenie na woku w porównaniu z elektryczną płytą ceramiczną. Gaz w pojemniku tak naprawdę wystarczył mi na 5 takich chińskich sesji.

No dobra, ale miało być o gotowaniu w plenerze. Jak widać po prawej, tym też się zająłem.

Na pierwszy ogień w terenie poszła rybka w stylu Gennaro. Zrobienie czegoś takiego w środku Gór Stołowych - rewelacja.

Ale nie samą rybką człowiek żyje więc wziąłem się za inne stworzonka.
Oczywiście nieśmiertelną pozycją w menu plenerowym jest coś z radosnej świnki.
Tak więc przy kolejnej sesji poszła na patelnię również radosna świnka z polentą.

Na dzień dzisiejszy mam tą kuchenkę prawie rok. Naprawdę się sprawdza, daje radę, sprzęt trzyma się nieźle, nie rozlatuje się. Zabawy z gotowaniem w plenerze jest naprawdę sporo, dania wychodzą praktycznie takie jak w domu a 2 godziny mobilnego pichcenia pozwalają przygotować wiele różnych dań.

Krótko? Zdecydowanie polecam!


czwartek, 29 sierpnia 2013

Leśny bar

Tym razem będzie o miejscu wyjątkowym z powodu zasady swojego funkcjonowania. Takie miejsce nie wiadomo czy mogłoby istnieć w Polsce.
Leśny bar.
Nazwa nie wskazuje pozornie na żadną oryginalność - jest pewnie w Polsce wiele miejsc, które tak się nazywają. Jednak to jedyne, wyjątkowe miejsce nie znajduje się w Polsce lecz w Czechach, choć jest bardzo blisko polskiej granicy. 

W tym przypadku słowa Leśny Bar nazywają rzeczy bardzo po imieniu. To dosłownie bar, w formie wiaty i kilku dodatkowych elementów, wybudowany w środku lasu, nad potokiem.

Ale najciekawsza jest jego idea - totalny self service. Totalny w tym znaczeniu że w barze nie ma przez większą część czasu nikogo poza gośćmi :)
Dosłownie - obsługa wpada rano i wieczorem zobaczyć czy miejsce stoi, rano przygotowują bar na przybycie turystów, potem co parę godzin dowożą zaopatrzenie, bo chętnych aby zjeść nie brakuje.
Turyści po prostu wrzucają pieniądze do skarbonki wiszącej na słupie.
Ceny w formie napisów na deskach wiszą w różnych miejscach przy poszczególnych produktach.

Równie ciekawa jest historia powstania tego baru. Podobno miejscowy inżynier leśny Vaclav Pavlicek kiedyś zaczął zostawiać w tym miejscu napoje w potoku celem ich schłodzenia a potem wracał po nie za kilka godzin. Przypadek sprawił że jakiś turysta po prostu wypił mu picie ale zostawił jego równowartość w pieniądzach oraz informację na kartce.
Od tego momentu leśnik zaczął zostawiać tu coraz więcej napojów a ponieważ wieści szybko się rozchodzą, więc zbierał coraz więcej "rekompensat" od turystów. Interes zaczął się kręcić, zbudowano wiatę i tak powstał Leśny Bar.

Co dzisiaj znajdziemy w Leśnym Barze? Przede wszystkim špekáčky!
Dla niewtajemniczonych špekáčky to odmiana czeskich kiełbasek, które w założeniu z nazwy chyba służą do ich opiekania na ogniu czy grillu. Z tego co mi wiadomo, zrobione są w 50% z wołowiny, 30% z wieprzowiny a pozostałe 20% to słonina. Słonina nad ogniem świetnie się topi i dzięki temu kiełbaski są po prostu pyszne. Aby je dobrze upiec nad ogniem, trzeba je na końcach naciąć na krzyż a one pod wpływem temperatury po prostu się pootwierają na tych nacięciach. Aby dokładnie postąpić jak miejscowi, najlepiej jest jeszcze wcześniej rozgrzać w ognisku kij do ich pieczenia.
Oczywiście na miejscu znajdziemy pełne wyposażenie do ich pieczenia - specjalnie skonstruowane zaostrzone kije, miejsce na ognisko też jest odpowiednio przygotowane. Ognisko to pali się praktycznie cały czas a większość gości pomaga w utrzymaniu ognia, dorzucając do ognia.

Pomyślano również o innych przysmakach i postawiono dwie wędzarnie. Można w nich dostać albo żeberka, albo rybę albo kiełbaski czy radosną świnkę - wieprzowinkę.

Ale czym byłaby czeska kiełbaska bez czeskiego piwa albo innego napoju? Piwo, oranżadę, napoje energetyczne czy wodę również znajdziemy w Barze w bardzo zmyślnie skonstruowanym systemie chłodzącym z drewna, wykorzystującym wodę płynącą w potoku.

Dla miłośników mocniejszych trunków można tu znaleźć również rum czy miejscową orzechową nalewkę. Jednak pojawianie się i znikanie tych trunków jest przynajmniej dla mnie zagadką - raz są raz ich nie ma, raz obsługa przywozi je tylko na czas swojej bytności a czasami zostawia na stałe.

Oczywiście do kiełbasek są przygotowane noże do ich nacięcia, oprócz špekáček jest też normalna kiełbasa, są tacki papierowe, czeska musztarda czy chleb.

Jeśli ktoś ma ochotę na coś ciepłego do picia, może zrobić sobie herbatę czy kawę. W zimie można podobno trafić na grzane wino.

Na deser znajdujemy pudełko z ciastkami z kremem.

Ważne jest aby liczyć co zjedliśmy i wypiliśmy bo nie ma tu kelnera który nas podliczy - sami uiszczamy opłatę w kasie wiszącej na słupie, a także możemy sobie nawet odebrać resztę w postaci drobnych z mniejszego pojemnika.



Podsumowując - miejsce jest wyjątkowe w swojej idei, klimacie a także w świetle faktu iż działa już od kilku ładnych lat w niezmienionej na gorsze formie. Można tu wpaść zarówno w zimie jak i w lecie a i tak zabawa jest przednia. Odnoszę również wrażenie że nikt tu się na nas nie obrazi jeśli przyniesiemy trochę swojego jedzenia czy picia.

Tak więc jeśli wybieracie się w okolice Lądka Zdroju, Jesenika po czeskiej stronie czy też nawet zamierzacie się pokręcić po Masywie Śnieżnika - wbijajcie do Leśnego Baru!

piątek, 26 lipca 2013

Zupa z łupacza

Piątek to niby weekendu początek... A co można zrobić z tej okazji?
Można zrobić zupę z łupacza!

Zaczęło się od tego że będąc w Lidlu zobaczyłem w lodówce dwa kawałki łupacza. O to coś nowego - pomyślałem i nabyłem obiekt żeru.

Wróciwszy do domu, zabrałem się za małą inwentaryzację zasobu kuchennego. Znalazłem cukinię od Pantery, znalazłem wielkiego pomidora, znalazłem papryczkę habanero, cebulę (akurat czerwoną), trochę świeżego czosnku, również od Pantery. Na balkonie oczywiście rozmaryn i tymianek - prosto z doniczki.
Będąc przynajmniej raz do roku na Węgrzech, mam oczywiście dyżurne pudełko słodkiej, czerwonej, sproszkowanej papryki. W szafce trochę eko bulionu w proszku i tłuszczu kokosowego.

Więc do roboty! Najpierw posiekałem cebulę i czosnek na plasterki (było tego z kilka ząbków), na patelnię i na oliwie podsmażyłem przez chwilę.

Potem dodałem główny składnik - czyli dwa filety z łupacza, oczywiście zaczynamy skórą do dołu. Podsmażyłem, dodałem trochę wody aby nie przywarło (ale można dodać np. białego wina jak ktoś ma pod ręką). Po niedługiej chwili na patelni wylądowała cukinia posiekana w plasterki oraz 1/3 papryczki habanero drobno posiekanej. Do smaku dorzuciłem świeży rozmaryn i tymianek, dodałem trochę soli i pieprzu - wyglądało to tak jak poniżej.



Potem posiekałem tego mega pomidora, wrzuciłem również na patelnię, przykryłem całość kawałkiem folii aluminiowej (bo patelnia za duża na pokrywkę) ale jak ktoś ma pokrywkę pasującą do patelni to jest to równie dobre rozwiązanie. 

Po przykryciu pozwoliłem się temu wszystkiemu trochę poddusić na wolnym ogniu. Gdy już po kuchni zaczął rozchodzić się aromat ziołowo-czosnkowo-rybny, żona się ewakuowała z racji niechęci do ryb i wszystkiego co pachnie jak "cześć dziewczyny", oznaczało to że można działać dalej.
Dalszy etap był taki, że w czajniku zrobiłem trochę wrzątku, do kubka dałem trochę eko-cośtam bulionu, w w międzyczasie składniki na patelni puściły już trochę sok, pomogłem im połową kubka bulionu, dodałem sporo słodkiej sproszkowanej papryki oraz wielką łychę tłuszczu kokosowego (efekt węgierskiej zupy), zamieszałem, mała redukcja no i właściwe zupa ready...

Wrażenia z degustacji? Pycha! Właściwie nie za pikantne (jak dla mnie), lekko tłuściutkie, ziołowe, rybne, idealne na taki ciepły wieczór czyli hungarian style no i w ogóle ten zapach ryby w każdym kącie - bezcenny!



wtorek, 23 lipca 2013

Placki, placki, placki!

Po wczorajszej kebabowej uczcie przyśnił mi się dziwny sen - małe szare świnki wykopywały się spod ziemi jak zombie i podchodziły aby je głaskać... Może to zasługa pełni księżyca a może czegoś jeszcze.
Dzisiaj rano dowiedziałem się z dobrze poinformowanych źródeł że prawdopodobnie "chodzi o to że to są duchy tych wszystkich biednych świnek, które spożyłem dotychczas i że najprawdopodobniej obciążyłem swoją karmę". Fakt było tej trzody trochę - kotlety, karkówki, schabowe, golonki, parówki, kaszanki, szyneczka, pork belly bacon, cevapcici, szwedzkie kuleczki w Ikei, kiełbaski małe i duże, smalczyk... Mniam!

Cokolwiek to oznacza, postanowiłem że dzisiaj zjem coś co za życia świnką nie było a najlepiej jak mięsa nie zawiera w ogóle...
Wybór padł na plackarnię przy Komandorskiej, koło hali Arena.

Miejsce to przetestowałem na wiosnę po raz pierwszy i byłem w pozytywnym szoku - tak prosta idea, taka fajna cena, tak dobre placki. Po prostu podchodzimy do okienka, placki smażą się naprzeciw nas, mówimy ile chcemy i za każdego placka płacimy symboliczną złotówkę! Dokładnie 1 PLN!
Jeśli ktoś lubi, może dostać do nich kefir albo cukier za dodatkową opłatą.

Wtedy na wiosnę dopiero próbowałem więc zacząłem ostrożnie - najpierw zjadłem dwa, okazało się jakie są pyszne, potem kolejne dwa i tak już poszło. Łącznie wciągnąłem wtedy 10 placków.

Dzisiaj wiedząc już na co się nastawiam, zamówiłem od razu 6 placków - bo szkoda ciągle chodzić i zawracać głowę że się chce znowu placka. Jednego ekstra dostałem od żony bo nie zmieściła :)



Podsumowując - polecam to miejsce jak najbardziej!

Placki ziemniaczane to takie fajne danie, które można jeść w różnych okolicznościach - parę placków typowej osobie starczy za obiad, a przynajmniej za jedno danie.
Właściciel miejsca postawił na bardzo sprawdzony model - dobre jedzenie w dobrym miejscu, bardzo dobrej cenie i luźnej atmosferze.

Gdyby do Wrocławia przyjechał +Anthony Bourdain w poszukiwaniu ciekawego miejskiego jedzenia do programu "Bez rezerwacji", plackarnia na Komandorskiej byłaby właśnie jednym z miejsc, które wg mnie mógłby odwiedzić.